Uroki świata równoległego, czyli dlaczego (nie)warto leczyć się biorezonansem

Uroki świata równoległego, czyli dlaczego (nie)warto leczyć się biorezonansem

Uroki świata równoległego, czyli dlaczego (nie)warto leczyć się biorezonansem

Każda metoda terapeutyczna lub diagnostyczna powinna mieć możliwy do weryfikacji mechanizm działania, który pozwoli ocenić jej skuteczność i bezpieczeństwo

Organizm człowieka, a w zasadzie każdy żywy organizm to bardzo skomplikowana konstrukcja. Pomijając samą budowę, to miliardy zależnych od siebie reakcji chemicznych i biochemicznych, związków sygnałowych i receptorów, których naturę i strukturę wciąż poznajemy. I daleko nam jeszcze do jej pełnego zrozumienia. 

Rozwój medycyny, biologii molekularnej, genetyki i wielu spokrewnionych dziedzin nauki co roku otwiera przed nami nowe drzwi. Najczęściej poza praktyczną wiedzą, którą wtedy zdobywamy, dowiadujemy się, że za tymi drzwiami jest kilka innych, o których istnieniu nie miesiliśmy pojęcia. Przypomina to fraktale Mandelbrota, nieskończenie złożone obiekty, których powiększenie ujawnia coraz więcej szczegółów i tak bez końca. Postęp innych dziedzin nauki, np. fizyki umożliwia rozwój diagnostyki obrazowej lub terapii opartej na izotopach radioaktywnych. Komputerowa analiza danych pozwala na dokonywanie porównań wyników tysięcy badań naukowych i odkrywanie nieoczywistych powiązań pomiędzy pozornie zupełnie nie związanymi ze sobą procesami. To co możemy obserwować od kilkudziesięciu lat to prawdziwy cud.

Biorezonans i generator plazmy to dwie popularne pseudonaukowe metody mające na celu jedynie wyciągniecie pieniędzy od naiwnych klientów

Postęp nauki nie zmniejszył ludzkiej wiary w alternatywne i nie poddające się naukowej weryfikacji metody lecznicze

Poza środowiskiem naukowym potrzeba wiary z fantastyczne przyczyny chorób i równie fantastyczne sposoby leczenia zawsze była pożywką dla pseudonaukowych teorii i kuriozalnych metod diagnostycznych lub terapeutycznych. Ludzie propagujący takie metody zawsze bronili ich zażarcie nawet wtedy, kiedy nauka je obalała i udowadniała, że są nieskuteczne lub szkodliwe. Dowody naukowe nie przeszkadzały również ich wyznawcom – stawali zawsze po stronie szarlatanów, a wszelkie próby przedstawiana im danych z badań ignorowali lub twierdzili, że to kłamstwo, spisek i manipulacja. I pomimo upływu lat nic w tym obszarze się nie zmieniło, potrzeba ta jest nadal głęboko zakorzeniona w naszych umysłach.

Internet okazuje się dla wielu osób pułapką

Paradoksalnie, prawdziwe spustoszenie w głowach ludzi niesie za sobą łatwy dostęp do wydawałoby się wspaniałego źródła informacji jakim jest Internet. Niestety, jest on właśnie idealnym miejscem żerowania szarlatanów i naganiaczy oferujących cudowne terapie i bazujących na fakcie, że większość ludzi nie potrafi zweryfikować prawdziwości ich stwardzeń lub wyciągać właściwych wniosków z badań, do których często się odnoszą, żeby uzasadnić swoje racje. Słowo pisane, powoływanie się na anonimowe, czasem wymyślone autorytety i właściwa domieszka teorii spiskowych jest chyba główną przyczyną, dlaczego tak wielu nieszczęśników wpada w ręce oszustów, którzy z ludzkiego cierpienia zrobili sobie dochodowy biznes.

Polska nie jest wyjątkiem wśród krajów, w których zdobycze nauki przeplatają się z zabobonami i wierzeniami wprost mroków średniowiecza. Można zrozumieć ludzi, których choroba przekroczyła granicę możliwości oferowanych przez współczesną medycynę lub których bliscy są ciężko chorzy i lekarze dają im niewielkie szanse na wyleczenie. Niemal każdy z nas reaguje podobnie. Nie mając nic do stracenia szukamy jakiejkolwiek sposobu, uciekamy się do wiary, myślenia magicznego i terapii, których skuteczność potwierdzają jedynie ich twórcy lub osoby żyjące z ich sprzedaży. Stajemy się wtedy łatwym łupem pseudomedycznych oszustów – po prostu chcemy wierzyć w to co mówią nawet jeśli nasza wiedza i doświadczenie stoją w sprzeczności z tym co słyszymy.

Nie chodzi o dowody tylko wiarę pacjenta

Nie ma żadnych dowodów i nie jest to zupełnie potrzebne. W zasadzie wszystkie metody lecznicze tzw. medycyny alternatywnej czy niekonwencjonalnej oparte są jedynie na wierze, czyli efekcie placebo. Skuteczność placebo jest szacowna na ok. 20%. Obrazowo można to przedstawić w taki sposób, że 2 na 10 pacjentów, którzy sądzą, że są leczeni powraca do zdrowia. Jest to dobrze udokumentowane w badaniach naukowych i wykorzystywane w medycynie, ponieważ nastawienie pacjenta ma często duży wpływ na efektywność farmakoterapii. Oczywiście w przypadku różnych chorób wpływ placebo może się różnić. Zepsuty ząb sam się nie naprawi nawet jeśli będzie się bardzo w to wierzyło, a np. w depresji wpływ placebo może być wyższy i dawać lepsze rezultaty. Celem badań naukowych jest właśnie sprawdzenie czy zastosowanie leku lub metody terapeutycznej daje lepsze efekty zdrowotne (czyli jest skuteczniejsze) niż placebo. Lek musi być skuteczny bez względu na to, czy się w to wierzy czy nie. Jeśli jego skuteczność nie jest wyższa niż skuteczność placebo, to taki lek uznaje się za bezwartościowy. W ten sposób porównuje się też różne rodzaje terapii, szukając np. takiej, która przy podobnej skuteczności daje mniej działań niepożądanych, pozwala skrócić czas leczenia albo jest tańsza. 

Dlatego też osoby oferujące tzw. alternatywne metody leczenia nie są w stanie przedstawić żadnego wiarygodnego dowodu na prawdziwość swoich słów. Najczęściej starają się przekonać potencjalnych pacjentów o tym, że badania nie mają żadnego znaczenia, świat jest opanowany przez spisek firm farmaceutycznych, finansistów, masonów, reptilian i uzależnionych od nich naukowców i lekarzy czyli mitycznych „tych, którzy za tym stoją”.

Proste sposoby na usunięcie nadmiaru pieniędzy z twojego portfela bez niekorzystnego wpływu na organizm

Sposobów na wykorzystywanie naiwności ludzi jest sporo. Dobrymi przykładami pseudonaukowych „urządzeń medycznych” są biorezonans i generator plazmy. Ich wielką zaletą jest działanie na wszystkie istniejące choroby bez wywoływania niepożądanych reakcji lub skutków ubocznych. Jeśli ktoś chciałby wiedzieć nieco więcej i zacznie szukać dostępnych w sieci informacji, to szybko się przekona, że w obu przypadkach łatwiej jest znaleźć dokładną instrukcję skonstruowania rakiety balistycznej z głowicą termonuklearną niż dotrzeć do schematu budowy tych niezwykłych maszyn. Można za to bez trudu dowiedzieć się o ich licznych zaletach i nieograniczonych wręcz możliwościach. W obu przypadkach nie ma żadnej informacji jak to się dzieje i jakim cudem nie da się w żaden sposób potwierdzić skuteczności tych zabiegów dostępnymi metodami naukowymi.

Biorezonans i generator plazmy, dwa popularne pomysły na pseudomedyczne oszustwo

Koncepcje działania biorezonansu i generatora plazmy mają ze sobą wiele wspólnego. Oba urządzenia bazują na tej samej teorii, wg której każdy żywy organizm – bakteria, wirus, grzyb czy pasożyt emituje pewną indywidualną i charakterystyczną tylko dla siebie wibrację, którą można zmierzyć i dzięki temu zidentyfikować patogen. A stosując odpowiednią modulację wibracji skutecznie go unicestwić. Proste, bezpieczne i szybkie rozwiązanie wszelkich problemów związanych z infekcjami. Propagatorzy tych urządzeń idą nawet krok dalej, twierdząc, że ich urządzenia umożliwiają identyfikację i skuteczną eliminację komórek nowotworowych, pozwalają leczyć alergie, choroby neurodegeneracyjne takie jak np. choroba Parkinsona czy Alzheimera, przewlekły ból i w zasadzie wszystko co tylko można wymyśleć.

Generator plazmy – czyli magiczna jarzeniówka

generator plazmy czyli nic-nierobiąca magiczna jarzeniówka dla naiwnych klientów

Historycznie, pierwszy był generator plazmy. Został opracowany w latach 30-stych XX wieku przez pana Raymonda Rife „genialnego amerykańskiego naukowca”, który najpierw stworzył mikroskop tak doskonały, że mógł za jego pomocą oglądać struktury widoczne jedynie w mikroskopie elektronowym. Niestety do dzisiejszych czasów nie zachował się żaden egzemplarz tego urządzenia, nie ma też wiarygodnych informacji, że oprócz samego konstruktora ktokolwiek to urządzenie widział. Genialny Pan Rife zaobserwował właśnie wtedy (naocznie), że wirusy, bakterie, grzyby i inne patogeny żyją w specyficznych dla siebie częstotliwościach i jeśli te częstotliwości zakłócimy ulegną natychmiastowej destrukcji. Okazało się, że odpowiednie częstotliwości mogą zabić również pasożyty, np. robaki, czyli zwierzęta doskonale widoczne bez żadnego mikroskopu. Wynalazca idąc tym tropem skonstruował więc maszynę, która wysyła specjalny rodzaj promieniowania – tzw. fale plazmowe. Fale te przenikają wszystko i odpowiednio modulowane są w stanie unicestwić wszystkie patogenne organizmy w naszym ciele, nam samym nie czyniąc najmniejszej szkody. Z informacji na stronach firm robiących zabiegi tym sposobem możemy dowiedzieć się, że sam Pan Rife wyleczył niemal 10 tys. osób zanim mu tego zabroniono, sprzęt odebrano i zakazano dalszej działalności. Oczywiście jak zawsze w takich sprawach bywa, przyczyną tak niemiłego zachowania amerykańskiego urzędu wobec pana Rife było to, że genialne urządzenie odbierało dochody lekarzom i dlatego musiało zostać usunięte, dokumentacja i laboratorium zniszczone, a jego stosowanie zakazane.

Na szczęście na początku XXI wieku przypomniano sobie o pracy genialnego odkrywcy, a sam generator udało się odtworzyć. Może znowu cieszyć tysiące wyznawców i przynosić przyzwoity dochód firmom, które go stosują. Samo urządzenie nie jest specjalnie skomplikowane – składa się z siermiężnej blaszanej obudowy, kilku mających robić wrażenie zegarów i ładnie wyeksponowanej szklanej bańki, działającej na takiej samej zasadzie jak ciszące oko kule plazmowe, które wprawdzie urocze, ale żadnego działania terapeutycznego nie wykazują. Powszechnie stosuje się podobne urządzenia do oświetlania pomieszczeń – są to lampy neonowe, czyli tzw. jarzeniówki. W broszurach dostępnych w sieci sugeruje się, że urządzenie zbudowane jest tak solidnie jak urządzanie wojskowe. To w zasadzie może być prawdą, bo sprzęt wojskowy również nie jest konstruowany dla piękna tylko wytrzymałości – a te „generatory” oprócz kilku kabli, garści kondensatorów, obwodu oscylacyjnego i lampy nie zawierają nic co może się zepsuć. Inna firma robiąca „zabiegi” tą metodą chwali się, że ich urządzenie ma certyfikat Czeskiego Urzędu Elektrotechnicznego. To w sumie bardzo dobra informacja świadcząca o poważnym podejściu do bezpieczeństwa instalacji elektrycznej – każda czeska firma robiąca urządzenia podłączane do prądu musi mieć taki certyfikat, nawet najprostsze żelazko czy toster.

Biorezonans – praktyczny miernik oporu elektrycznego

Biorezonans - patent zaczerpnięty od scjentologów, po zaledwie kilku seansach pozbawi cię nadmiaru gotówki

Biorezonans opiera się na identycznej koncepcji. Samo urządzenie zostało opracowane w latach 70 XX wieku przez dwóch panów – Franza Morella i jego zięcia Ericha Rasche’a i wprowadzone na rynek pod nazwą MORA. Konstruktorzy powoływali się na prace Alberta Abramsa, wynalazcę, który działał w Stanach Zjednoczonych na początku XX wieku i skonstruował podobny przyrząd. Pan Abrams twierdził, że na podstawie specyficznych drgań mierzonych przez jego urządzenie z pobranej próbki krwi jest w stanie zdiagnozować niemal wszystkie choroby pacjenta i skutecznie go wyleczyć. Panowie Morell i Rasche jako bazę konstrukcji swojej maszyny MORA zastosowali urządzenie E-Master, wykorzysujące dwie elektrody, dzięki którym można zmierzyć opór elektryczny obwodu – w tym wypadku częścią obwodu jest pacjent. Możemy więc uzyskać cenną informację jaki opór elektryczny wykazuje nasza skóra i czy skóra kolegi ma inny. Trudno powiedzieć czy ta informacja ma jakieś praktyczne zastosowanie, ale może kiedyś się przyda. Urządzenie E-Master jest stosowane od dawna przez wyznawców Kościoła Scientologicznego, z którym konstruktorzy MORA byli związani i które mieli udoskonalić. Poszli jednak własną drogą. Biorezonans może być więc używany jako urządzenie diagnostyczne – wykrywa wszystko co należy wykryć – od wirusa po tasiemca, a w międzyczasie jest też w stanie leczyć stres i regulować działanie każdego narządu. Obecnie na rynku można kupić kilka urządzeń bazujących na tej koncepcji. Wszystkie działają tak samo, różnią się jedynie tym, że jedne mają elektrody przyczepiane do skóry pacjenta, a inne dwa pręty, które pacjent ma trzymać w rękach podczas badania lub seansu leczniczego.

Terapia jest naprawdę bezpieczna, chociaż całkowicie nieskuteczna

Oba te urządzenia, chociaż różnią się wyglądem, bazują na tej samej koncepcji działania. Koncepcja ta opisana jest zazwyczaj niezwykle skomplikowanym językiem zawierającym maksymalną liczbę naukowo brzmiących terminów. Teksy te można określić krótko jako pseudonaukowy bełkot bez żadnego związku z rzeczywistością i nie mający żadnego pokrycia z wiedzą na temat fizyki, funkcjonowania komórek, narządów czy w ogóle istot żywych. Niewątpliwą zaletą tych urządzeń jest to, że nie mają one absolutnie żadnego wpływu na nasz organizm, nie wyrządzą więc prawdziwej szkody poza utratą pieniędzy i czasu. Z tego samego powodu nie mają również żadnego wpływu na patogeny czy rozwijającą się w nas chorobę. Jedynym wyjątkiem dotyczącym bezpieczeństwa i realnego oddziaływania na cokolwiek może być potencjalne zakłócanie pracy rozruszników serca przez fale elektromagnetyczne w przypadku biorezonansu. I to w zasadzie wszystko. Generator plazmy moim zdaniem ma pewną praktyczną przewagę nad biorezonansem. W przypadku tego urządzenia możliwe są terapie grupowe lub rodzinne. W sumie nie ma przecież znaczenia, ile osób siedzi przy lampie, a terapia hurtowa bardziej się opłaca i jest przyjemniejsza dla pacjentów, siedzą sobie razem, więc się nie nudzą. 

Jedne co możesz stracić to czas – niestety czasem jest to wszystko co ci zostało

Gdyby nie chodziło o problemy zdrowotne, można byłoby powiedzieć, że jeśli chcecie się odprężyć w miłej atmosferze i wasza choroba nie jest zbyt poważna lub po prostu nie macie nic lepszego do roboty, warto pójść na taki seans i poczuć się jak w laboratorium doktora Frankensteina. Takie pseudomedyczne SPA nie pomoże, ale i nie zaszkodzi. Jeśli jednak czas ma dla was znaczenie to może wam go zabraknąć. Działalność osób i firm oferujących takie kuracje jest szczególnie niemoralna właśnie dlatego, że bazują na ludzkim strachu, niewiedzy i nieszczęściu. Jeśli dotyczy to przypadków, w których pacjent straci jedynie trochę pieniędzy, trudno. Oszuści istnieli zawsze i będą istnieli tak długo jak długo będą mogli znaleźć naiwne ofiary. Prawdziwą szkodą, którą może wyrządzić taka terapia jest właśnie strata cennego czasu, w którym pacjent pozbawiony jest leczenia. Dla pacjentów z chorobą nowotworową może być to wyrok śmierci, bo może być już za późno na włączenie skutecznej kuracji. Dla tych z chorobami przebiegającymi mniej dramatycznie, może się to skończyć uogólnieniem choroby, wyniszczeniem organizmu i potrzebą bardziej agresywnej i trudniej terapii.

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.